Moja bazylia symuluje

Moja Bazylia symuluje. Jestem tego pewna. Naczytała się wredna małpa na Onecie o epidemii grzyba na plantacjach, spowodowanej ulewnymi deszczami. Nie wzięła tylko pod uwagę kilku rzeczy: po pierwsze tego, że nie jest na plantacji, a po drugie – w moim domu raczej nie pada :D. Dostanie się małej jak wrócę z pracy! Szlaban na komputer do końca… sezonu wegetacyjnego?

Deska

W niedzielę kupiliśmy biurko w Realu. I krzesło obrotowe, bujające się, ze sztucznej skóry. No pełen wypas. :D

Stojąc przy kasie spotkałam koleżankę, którą znam od podstawówki. Było to ogólnie miłe spotkanie, bo nigdy nie miałyśmy ze sobą „na pieńku”, obydwu nam się jakoś w życiu układa, więc jedna drugiej nie ma powodu niczego zazdrościć.

Jednak potem pojawiło się zdziwienie co do braku auta…

Nic w tym tak naprawdę złego, tylko jak sobie myślę, że miałabym kupić taką skarbonkę, jaką jest samochód, to bym zbankrutowała. Albo, jak by mnie było stać na samochód, to zainwestowałabym w mieszkanie… Ja generalnie nie doceniam przewagi auta nad komunikacją miejską, a to dlatego,  że całe życie przejeździłam autobusami. PKS-em z Ostrołęki do Warszawy, a potem pociągiem do Krzyża i dalej do Gorzowa. Z jednego końca Szczecina, na drugi. Na obozy i kolonie też nikt mnie nigdy nie odwoził samochodem. Zawsze ciągnęłam się pociągiem. Stąd urodziła się we mnie miłość do podróży, do postukiwania wagonów i gwizdu lokomotywy. Do tego, że wraz z krajobrazem zostawia się za sobą problemy.

Ta miłość kończy się jednak, przyznaję, w momencie dźwigania piętnastokilowej paczki z deskami. :O

Pierwsze metry były nawet znośne – deski ciężkie, niewygodne pudło, ale daję radę… Przyszły targa tę cięższą część – 25 kg. Obydwoje szybko mamy dość.

Cóż… Można niedowierzać, ale niektórzy skazani są na komunikację miejską.

Pozdrawiam.

Mowa o maszynach

Zabawne, jak mało zmieniają się niektóre rzeczy na przestrzeni lat.

Kilka miesięcy temu kupiłam maszynę do szycia. Kiedy już ją zamówiłam, a mieszkająca po sąsiedzku z moją mamą starsza pani dowiedziała się o moich planach nauki szycia, postanowiła mi pomóc. Pani, o której mam tu przyjemność pisać jest osobą niezwykle miłą i nad wyraz życzliwą innym ludziom. Nigdy dotąd nie spotkałam człowieka, od którego biłoby tak obezwładniające ciepło i dobro.

Ta oto pani posadziła mnie przed maszyną marki Łucznik pamiętającą lata 80-te ubiegłego wieku. Szyjemy, szyjemy, a ona cały czas powtarza, żebym tylko się zbytnio nie przywiązywała, bo w nowych maszynach wszystko może wyglądać zupełnie inaczej.

Maszyna przybyła do mnie miesiąc później. Zataszczyliśmy ją do domu – różowiutki Łucznik. Całą drogę zachodziłam w głowę, jak też będzie napędzana. No bo na jakiś ręczny przycisk, to nie wygodnie, a bałam się, że pedały to już przeżytek i teraz w maszynach jest jakiś nowy, tajemniczy sposób regulowania prędkości. Odpakowałam – i okazało się, że wszystko wygląda zupełnie po staremu. Tylko więcej plastiku niż metalu. Nie będę się rozczulać nad poszczególnymi częściami składowymi maszyny, bo niewtajemniczeni i tak niewiele zrozumieją z bełkotu o bebechach. ;) Fakt, faktem nawet najdrobniejsze instrukcje mojej wspaniałej sąsiadki nie okazały się przeżytkiem.

Cóż… Morał z tego taki, że czasem (choć nie aż tak często) warto słuchać starszych od siebie. Wszystko zależy od tego, kto mówi i co ma do powiedzenia. Amy McDonald w piosence The Youth of Today śpiewa właśnie o tym.

Dostrzegam weekend!

Tak. Spomiędzy chmur i ściany deszczu wyłania się gnany wichrem weekend. Troche mnie to smuci, że taki padający i rozdmuchany, ale cóż… Przynajmniej będzie wymówka, żeby prania nie robić :P

A na poważnie, to mam ochotę ugrzęznąć w kuchni – tak intensywnie i na długo – zrobić coś czadowego. W tygodniu nie ma czasu na nic niezwykłego. Takie tam – kulinarne pierdoły. Myślę tylko nad ciekawym przepisem. Jak macie jakieś pomysły – ładujcie, pozdrawiam :)

Kobieto, do kuchni!

Dzisiejszy wpis nie ma powodować żadnych stanów zapalnych w organizmie czytającego. Nawet, gdy nie jest antyfeministką.

Poważnie. Lubię siedzieć w kuchni. To taki polski zwyczaj – zapraszać gościa do kuchni, bo tam toczy się życie większości domowników: mama robi obiad, córka przypatruje się wysiłkom rodzicielki w przerwach pomiędzy malowaniem kolejnych paznokci, ojciec w pocie czoła trze ziemniaki na placki; czasem nawet napatoczy się syn, bąkając, że by coś zjadł…

Takie to jest fajne miejsce u każdego w domu, gdzie gary lecą podczas kłótni, łezka się kręci, kiedy ktoś zbije pamiątkową wazę, a wszyscy spotykają się na wspólnych posiłkach (najczęściej w Polsce jednak jadalni brak, a jeść na nowym wypoczynku, jakoś tak nie wypada, bo jeszcze się zniszczy…).

Szkoci podobno miewają w domach bardzo obszerne przedpokoje, po to, by urządzać w nich  przyjęcia dla znajomych. W książce Rankina, szkockiego pisarza, przeczytałam też, że jest to spowodowane gościnnością mieszkańców górskiego kraju, która co prawda istnieje, ale jest ograniczona. Ta dbałość o zachowanie domowej intymności zdaje mi się kolejnym powodem do umieszczania gości w kuchni (oczywiście tych, którymi łączą nas bardziej poufałe relacje). Nie dość, że nie musimy przerywać zaczętej pracy, to jeszcze trzymamy gościa z dala od rodzinnych zdjęć, pamiątek i droższych mebli ustawionych w pokoju dziennym. Oczywiście, co dom to obyczaj. Są i takie mieszkania, w których specjalnie wprowadza się każdego „na salony” aby onieśmielić ich przepychem. ;)

Nie traktujcie proszę tych wywodów zbyt poważnie. Zawsze zwyczaj kuchenny bardzo podobał mi się zarówno w życiu, jak i w polskich filmach. Ktoś może się co prawda poczuć urażony takim bezpardonowym potraktowaniem, jednak mnie bardzo krępuje, gdy ktoś przyjmuje mnie z tzw. wszystkimi honorami, bo odczuwam serwowaną mi rezerwę i głupio mi, że ktoś zbytnio się dla mnie fatyguje. Takie posiady w kuchni sprawiają, że zanika granica wieku, nie czuję się zbyt młoda na rozmowę z ludźmi starszymi od siebie. A ja lubię się wymądrzać. Cóż…

Gdyby było inaczej, nie zakładałabym bloga! Pozdrawiam.

Jeże, jeże

Otóż mocno się skupiłam i…

Zobaczyłam jeża. Widuję takiego jednego Pana Igiełkę co jakiś czas. Wędruje sobie przez skwer z placem zabaw, przez drogę pomiędzy domkami jednorodzinnymi, a potem kołysząc się drepcze chodnikiem. Potem cgyłkiem przemyka się chodnikiem w stronę jednej z willi, by zniknąć w ogrodowej roślinności. Jeżyk ma w zwyczaju utknąć czasem pod ogrodzeniem, przestraszony naszą obecnością zastyga i najeża się. Pewnie właśnie odnosicie wrażenie, że mieszkam jak jakaś czarownica – w środku lasu, w drewnianej chatce, a na obiad podaję niegrzecznych gości :D

Niestety nie… Ale polecam wszystkim złaknionym wiedźm serię Miecz Prawdy Terry’ego Googkinda.

Swoją drogą spotykam na swoich spacerach znacznie więcej, mianowicie kuny, lisy, wspomniane dziki… Kiedyś mieszkałam koło siedliska nietoperzy, bażantów, sarn… Takiie chwile, kiedy widzi się zwierza zagubionego w gęstwinie miejskiej puszczy skłaniają do przemyśleń. Przynajmniej mnie. Sama zwykle czuję się zagubiona i przytłoczona dużym miastem, ja prosta kurpianka wygnana aż do Szczecina. Pozdrawiam.

Nic nie widzę

Zastanawiam się, czy wszyscy ludzie tak mają. W pewnym momencie przestają obserwować świat, bo sa zbyt zmęczeni i zbyt marudni. Ja, jako człowiek maksymalnie utyskujący i widzący głównie czarne barwy sytuacji, zamykam się ostatnio na dostrzeganie czegokolwiek. Dlatego pisze ten post w proteście. Dość już mojej ślepoty. Już jutro obiecuję zrelacjonować cokolwiek, co ujrzą moje oczy. Nie dlatego, że cały internet na to czeka ze wstrzymanym oddechem ( bo nie czeka), lecz dla samej siebie, żeby zapamiętywać więcej chwil życia. Żeby w zmęczeniu umieć cieszyć się chwilami wytchnienia.

Pozdrawiam

Goście

Dzisiejszy wpis chciałabym poświęcić pewnym włochatym koleżkom z parku. Dzikom.

Panowie dzikowie ( lub panie, bo nie miałam zamiaru podchodzić na tyle blisko, by się rozeznać w zawiłościach dzikowych „pci”), zwykli towarzyszyć mi w każdym miejscu zamieszkania. Teraz nawiedzają okoliczny park tłumnie i często. I obwąchują ziemię, ryją w niej ryjami, no ogólnie cudowne są. Tylko… jakoś tak nieswojo jest człowiekowi na wieczornym spacerze, kiedy nagle krzaki zaszeleszczą ostrzegawczo, albo coś zawarczy lub zakwika w zaroślach. ;) Pozdrawiam.

Dzieci, dzieci, dzieci, dzieci…

Ostatnio już pisałam o wartościach:


http://nowa-egoistka.blog.pl/2014/07/24/ludzie-ktorzy-listow-juz-nie-pisza-2/

To był swojego rodzaju wstęp, do innej dyskusji. Jak wygląda teraz życie młodego człowieka, wchodzącego w dorosłość, budującego swoją niezależność, rodzinę…

Ostatnio z moim Przyszłym rozmawialiśmy o dzieciach i dotarło do nas, że w naszym państwie, pracując na umowie śmieciowej lub kontrakcie, z kredytem mieszkaniowym na głowie, możemy o nich myśleć dopiero koło… czterdziestki.

No bo tak: bez umowy o pracę (o którą dzisiaj przecież trudno), nie ma mowy o urlopie macierzyńskim. Kto więc zajmie się dzieckiem? Babcie? Błąd. Obydwie nadal pracują. Żeby liczyć na pomoc którejś z babć musiałabym czekać do 40 roku życia, bo wtedy nasze mamy będą miały emerytury. To może opiekunka? Tak – albo pracować po osiem godzin za 1600 złoty ( czyli zarabiać na opiekunkę), albo po dziesięć i więcej. Z resztą, czy chciałabym, żeby obca kobieta wychowywała moje dziecko już od pierwszych miesięcy życia? Odpowiedź brzmi: nie. I to kategoryczne. To może mój Przyszły zarobi tyle, żeby nas utrzymać? Przecież to kpina – musiałby pracować na kilku etatach, a „rozwój rodziny” z definicji ma prowadzić do polepszenia i zacieśnienia więzi rodzinnych, nie do ich rozpadu.

Założę się, że wielu z was napisze, że „grymaszę”. Ale spójcie sami: Kiedy ktoś marzy o karierze, pieniądzach i super samochodzie, wszyscy z powagą pokiwają głowami. Dlaczego? Bo jest to bardzo proste do zrobienia: wystarczy się zaharowywać, nie wiązać z nikim na stałe i stale odkładać. Pach! I jest. Natomiast w momencie, gdy podnosi głos kobieta, której zależy na stabilnej, szczęśliwej i dopatrzonej rodzinie, w której wszyscy mamy dla siebie nawzajem chwilę czasu, a dziecka nie wychowuje komputer lub pijana opiekunka ( wiem, co mówię, zdarzają się takie), to wielu ludzi podniesie brwi: Stara, nie w tych czasach, złotych gór oczekujesz? Szaleju się najadłaś? W Polsce?

Trudno mi jest to wszystko zrozumieć. Bardzo chciałabym urodzić minimum jedno dziecko, ale jak mam to zrobić przed trzydziestką? Nie wyobrażam sobie brania hormonów przez kilkanaście lat tylko dlatego, że muszę mieć kilkuletnie doświadczenie zawodowe, żeby ktoś chciał ze mną w ogóle rozmawiać o umowie o pracę.

W końcu zdenerwowana powiedziałam, że jak nie urodzę pierwszego dziecka przed trzydziestką, to wyjadę za granice i podwiążę sobie jajniki.

Brak mi słów.

I spadł deszcz

Ten weekend minął pod znakiem wędrówek i spacerów. Piątkowy wieczór zwłaszcza zapadł mi w pamięć, ponieważ wstawiłam właśnie pranie i wydłubałam chwilę z piątkowego zmierzchu dla nas – mnie i Przyszłego. Poza dzikami nikt nie odważył się opuścić wnętrza domu. Było chłodnawo – przyjemnie po tygodniu uciążliwych upałów. I kiedy byliśmy już dobry kilometr od domu, niezapowiedziany przez żadną prognozę pogody – spadł deszcz. Lunął. Przybiegliśmy roześmiani i przemoczeni. A może rozmoczeni i prześmiani? Sama nie wiem. Pamiętam za to, to wspaniałe uczucie ściekającej po ciele chłodnej wody, która zabierała zmęczenie tygodnia.

egoistka – antyfeministka